Może nie są to słowa, które powinienem w przeddzień Świąt Bożego Narodzenia  napisać i być może narażę się na falę krytyki. Ale muszę przyznać, że mam ambiwalentne odczucia po wizycie kardynała Nycza w Sejmie. Rzecz jasna, rolą Nycza jest chrześcijańskie wyciągnięcie ręki szczególnie w kierunku wrogów Kościoła Katolickiego - oczywiście, Chrystus wychodził naprzeciw swoim wrogom, nawet zaprzysięgłym. Jednakże absmak mi pozostaje, gdy widzę Wandę Nowicką, Jerzego Wendelicha i Tadeusza Iwińskiego  „dzielących się opłatkiem i składających życzenia innym posłom”. 

Zawsze miałem kłopot ze składaniem życzeń osobom, do których miałem sporą dawkę odczuć negatywnych. Łamałem to w sobie dla swoiście przyjętego „pro publico bono”, choć jak miałem możliwość, taktycznie się wcześniej wycofywałem, tłumacząc moją absencję „nawałem obowiązków”.  Nie wiem, czy byłbym w stanie zmusić się do podzielenie opłatkiem z panią Nowicką i ww. panami. Słowa abp. Nycza o żłóbku betlejemskim – „czyli miejscu, w którym Bóg stał się człowiekiem, w którym się objawiła największa miłość Boga do człowieka”, kierowane były m.in.  do pani aborcjonistki, wspierającej ruch dążący do usunięcia krzyża z tegoż właśnie Sejmu. Ruchu otwarcie dążącego do eliminacji symboli katolickich z przestrzeni publicznej.

Nie bardzo mogę pojąc także inne słowa arcybiskupa w Sejmie: „Mam głębokie przekonanie, że swoją osobą i obecnością nie sakralizuję tego miejsca, któremu na imię parlament Rzeczypospolitej Polskiej”. Nycz przychodzi do Sejmu jako arcybiskup, ale w tej posłudze chrześcijańskiej jakby się wstydził, by nie rzec – bał się. Powinien jeszcze w stylu Chęcińskiego spytać się: „Kiedy urządzacie?
 - Dwudziestego czwartego. -  Aha, znaczy jeszcze przed świętami. Może i słusznie.:. Może za bardzo wziął sobie do serca preambułę Konstytucji RP?  

Jakże inaczej na tym tle wygląda postawa abp Michalika w najnowszym choćby wywiadzie dla „Rzeczpospolite”. Trawestując jego słowa o przyjęciu fałszywej ideologii, sądzę, że relatywizacja zła, ugłaskiwanie go w ramach chrześcijańskiej miłości i nieustannego wybaczania, zaprowadzi na manowce. Wybaczać należy, ale jak wybaczać temu, kto nadal będzie czynił zło a przebaczanie traktuje jako słabość przeciwnika?  Jak przebaczać, gdy na wezwania do skromnej choćby pokuty, odzywają się pouczenia, że przebaczenie jest bezwarunkowe?  Jak przebaczać, gdy ludzkie pragnienie naprawy zła kontrowane jest zdaniem: „taki z ciebie katolik”??

Czasem po ludzku nie mogę się z tym pogodzić.